Monotonia to zdecydowanie nie moja bajka. A siedzenie w domu z dzieckiem, nawet najbardziej zwariowanym i pełnym energii, jest monotonne. Codziennie ten sam (prawie) plan dnia, podobne zabawy i bajki w telewizji... Czasami nie wiem już jaki jest dzień tygodnia a nawet nie zauważam kiedy zmieniają się miesiące. Więc aby całkiem nie zwariować szukam sobie odskoczni od tej "fascynującej" rzeczywistości. Od pewnego czasu w moje życie wkradły się anioły - zatrzepotały skrzydłami, szepnęły coś do ucha i... zapałałam miłością wielką do... masy solnej :) Nie jest to miłość do końca odwzajemniona gdyż masa ta, jak na rodzaj żeński przystało, charakteryzuje się znacznym uporem i nie zawsze chce się stosować do moich planów z nią związanych. Jednak trafił swój na swego i ja tak łatwo się nie poddaję :) Jak na razie udaje nam się wypracować jakiś kompromis ale mam nadzieję, że w przyszłości moja siła przekonywania zacznie się stopniowo zwiększać ;) Nie mnie wprawdzie oceniać, ale czyba już widać jakieś postępy :)
Na dobry początek wrzucam tu kilka zdjęć z początków mojej wielkiej przygody z mąką i solą. Część poniższych aniołów jest jeszcze niekompletna ale coś już widać :)

Jak można zauważyć na ostatnich zdjęciach, miałam pomoc - skutkiem tej pomocy są dwa złamane anioły i kilka pomalowanych na bardzo futurystyczne kolory :) Asiu kocha moje aniołki miłością wielką i wielka jest też energia z jaką im tę miłość okazuje :) To i tak cud jakiś, że straty do tej pory są tak małe. Rozbrajające jest natomiast to, że począwszy od różowego anioła, który był marnym prototypem, Asiu zaczął wszystkie jakie tylko dorwie nazywać Rózia (a właściwie "juja").Nawet gdyby miał mi wszystkie zniszczyć to naprawdę warto zobaczyć jego radosną buzię gdy zobaczy koleją "juję" a te jego westchnienia zachwytu... trafił mi się najwspanialszy krytyk pod słońcem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz