Dzisiaj wpadam tylko na chwilkę - pochwalić się (optymistycznie pozwalam sobie użyć tego słowa) moją, stworzoną wczoraj kartką urodzinową. Zważywszy na to, że miałam mało czasu i jeszcze mniej materiałów to...chyba jestem zadowolona. Mam nadzieję, że solenizant doceni bardziej serce włożone w prace nad nią niż końcowy efekt :)
O mnie
- Aneta Malisz (andape)
- Tworzę z potrzeby serca i z miłości do piękna. W podróży poprzez cudowny świat rękodzieła, pewnego dnia natknęłam się na sutasz i… zakochałam się w tej niezwykłej technice tworzenia biżuterii. Ale to nie jedyna moja miłość. Kocham płomienne zachody słońca, złotą jesień, dobre książki, ludzi z poczuciem humoru, i poznawanie cudów naszej planety. Ale najbardziej na świecie kocham moją pozytywnie zakręconą rodzinkę, z moimi dwoma wspaniałymi mężczyznami na czele ! Tyle w wieeeelkim skrócie :)
środa, 29 grudnia 2010
poniedziałek, 27 grudnia 2010
"Asiu kocha mamusię" :)
Są chwile i słowa w życiu, na które po prostu warto czekać...
Wiedziałam, że pragnę dziecka, które tak jak ja będzie bardzo potrzebowało bliskości ale wiadomo jak to jest...mały mógł się wrodzić do tatusia... :) Jednak z dnia na dzień coraz bardziej widzę, że Asiek nie tylko oczy ma po mnie. Ta jego widoczna potrzeba czułości jest dla mnie czymś najpiękniejszym na świecie. Małe łapki obejmujące mnie mocno, mała buzia całująca mnie z wielkim zapałem i czułość w jego ślepkach gdy uśmiecha się przytulając się do mnie i łasząc... Wiem, że brzmi to okropnie ckliwie i może banalnie ale...jestem ogromnie wręcz szczęśliwa. A dziś po raz pierwszy mój mały człowiek rozbroił mnie całkowicie mówiąc mi ni z tego ni z owego " kocham Cię mamusiu"... I zostawię to bez komentarza bo nie chcę plotąc dyrdymały zepsuć tego najpiękniejszego uczucia.
Wiedziałam, że pragnę dziecka, które tak jak ja będzie bardzo potrzebowało bliskości ale wiadomo jak to jest...mały mógł się wrodzić do tatusia... :) Jednak z dnia na dzień coraz bardziej widzę, że Asiek nie tylko oczy ma po mnie. Ta jego widoczna potrzeba czułości jest dla mnie czymś najpiękniejszym na świecie. Małe łapki obejmujące mnie mocno, mała buzia całująca mnie z wielkim zapałem i czułość w jego ślepkach gdy uśmiecha się przytulając się do mnie i łasząc... Wiem, że brzmi to okropnie ckliwie i może banalnie ale...jestem ogromnie wręcz szczęśliwa. A dziś po raz pierwszy mój mały człowiek rozbroił mnie całkowicie mówiąc mi ni z tego ni z owego " kocham Cię mamusiu"... I zostawię to bez komentarza bo nie chcę plotąc dyrdymały zepsuć tego najpiękniejszego uczucia.
A jako mały dodatek - masy solnej ciąg dalszy :
poniedziałek, 20 grudnia 2010
doceń męża swego, mogłaś mieć gorszego :)
Już wielokrotnie przekonałam się, że dla mojej mężowej połowy literki na produktach w sklepie to coś na kształt ozdoby a nie ważnej dla kupującego informacji. Najczęściej wynikłe z tego pomyłki są zabawne i nie powodują wielkich kłopotów ale czasem...niezbędna jest np. zmiana planów obiadowych :) Ale moje prośby "kochanie, czytaj napisy na opakowaniach" nadal jakoś nie odnoszą rezultatów. Nie było więc mowy o zdziwieniu z mojej strony gdy dostałam na mikołajki książkę o...żonie maltretowanej przez męża ! Kochanie moje wie doskonale, że kocham książki a utkwiło Mu w pamięci nazwisko Katarzyny Grocholi więc kupił "Trzepot skrzydeł" z przekonaniem,że jest to kolejna, pełna humoru pozycja tej autorki.Oczywiście nie zerknął z tyłu, na okładkę :) Teraz twierdzi, że doskonale wiedział co robi, bo po takiej lekturze powinnam Go na rękach nosić...
P.S.Czyżby nikogo nie rozbawił doktor pakujący do łóżka Katarzynę ?
:)
P.S.Czyżby nikogo nie rozbawił doktor pakujący do łóżka Katarzynę ?
:)
czwartek, 16 grudnia 2010
Spotkał katar...całą rodzinę :)
Oj coś się nie możemy uwolnić od katarków, kaszelków i innych uroków zimy. Mały ledwie z antybiotyku wyszedł a już mu tatuś katar sprzedał. Dziadek też od kilku dni chory chodzi a młody lata do niego ze stetoskopem i leczy Go tak jakby od tego dziadziowe życie zależało. Nie ma mowy o marudzeniu - trzeba podnosić koszulę, głośno oddychać (wręcz dyszeć) bo jak nie to reprymenda a na koniec "Pan doktor" tak głęboko w gardło zagląda, że chyba jest w stanie zobaczyć dziadziowy obiad :) Wszystko to dlatego, że sam jak idzie do lekarza to już w drzwiach robi głośne "aaaa" i koszulkę podnosi a w trakcie badania tak sapie, że cytując Panią doktor "chyba dziadziu w poczekalni słyszy" (śmiem twierdzić, że babcia w domu też ale...co ja tam wiem :)
Jako jasną stronę naszej domowej epidemii przytoczę fragment bajki jaką usłyszałam kiedyś w pokoju obok, gdy dziadziu czytał młodemu bez okularów :
"Spotkał doktor Katarzynę...a psik...
Katarzynę pod pierzynę...a psik..."
... :)
Jako jasną stronę naszej domowej epidemii przytoczę fragment bajki jaką usłyszałam kiedyś w pokoju obok, gdy dziadziu czytał młodemu bez okularów :
"Spotkał doktor Katarzynę...a psik...
Katarzynę pod pierzynę...a psik..."
... :)
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Moje filozofowanie
Jakoś tak nie mogę dzisiaj dojść ze sobą do ładu. Czasem po prostu tak mam, że czym bardziej staram się zrozumieć rzeczywistość tym bardziej ona daje mi się we znaki. Dziś staram się wybaczyć sama sobie... Ale jak można mieć sobie za złe zbyt wielką miłość? Czy wogóle istnieje coś takiego? Czy można za bardzo kochać własne dziecko? Jeśli nie to moje dzisiejsze rozterki są "oczywistą oczywistością" i nie powinnam się dziwić. Ale ja mam w uszach płacz mojego dziecka za zamkniętymi drzwiami przedszkola, przed oczami mam ciągle jego małą, pełną dziecięcego nieszczęścia postać, stojącą w kąciku i jego drżące ramionka a na ustach wciąż czuję jego cudowne, mokre i mięciutkie pocałunki gdy wreszcie po tym wszystkim rzucił mi się w ramiona. Gdy przypomnę sobie jak jego nieszczęśliwa buzia rozjaśniła się na mój widok i jak to moje małe słonko biegło do mnie po to by natychmiast, z całej siły objąć mnie swoimi stęsknionymi ramionkami to naprawdę dziwie się sama sobie, że wytrzymałam pod tymi drzwiami tak długo. A powinnam była zaufać swojej intuicji... Niby chciał "do dzieci" i cieszył się na wspomnienie o zabawkach ale w głębi matczynego serca czułam, że dla Niego to jeszcze za wcześnie. Chciał się bawić, owszem, i na widok zabawek był bardzo szczęśliwy (a mnie go teraz okrutnie żal jak o tym pomyśle) ale tylko jak ja byłam w pobliżu - potem było tylko wołanie "mamusiu" i ten żałosny płacz... Wypisałam się i chyba jest mi lżej. A mały właśnie przez sen znów coś sobie opowiada - zwykle woła tatusia, dziadziusia albo ciuchcie Tomka ale teraz ktoś mu chyba podpadł bo robi "nu nu, nu nu":)
Na polepszenie nastroju mała sesja zdjęciowa moich aniołków. Przed świętami znalazło się kilku chętnych na zaopiekowanie się moimi skrzydlatymi przyjaciółmi więc produkcja była wzmożona a oto efekty :)
Na polepszenie nastroju mała sesja zdjęciowa moich aniołków. Przed świętami znalazło się kilku chętnych na zaopiekowanie się moimi skrzydlatymi przyjaciółmi więc produkcja była wzmożona a oto efekty :)
Moja armia małych aniołków przed malowaniem.....
...i po zapakowaniu :) W sumie tych małych zrobiłam już ponad 70 :)
Natomiast mój kochany Asiek (nowa ksywka) uwielbia każdą ilość aniołków i wszystkimi zachwyca się z takim samym, wielkim, uczuciowym zaangażowaniem i pasją. Rozbraja mnie za każdym razem, gdy słyszę to jego rozkoszne "aniołek, mamusiu, aniołek".
Subskrybuj:
Posty (Atom)












