O mnie
- Aneta Malisz (andape)
- Tworzę z potrzeby serca i z miłości do piękna. W podróży poprzez cudowny świat rękodzieła, pewnego dnia natknęłam się na sutasz i… zakochałam się w tej niezwykłej technice tworzenia biżuterii. Ale to nie jedyna moja miłość. Kocham płomienne zachody słońca, złotą jesień, dobre książki, ludzi z poczuciem humoru, i poznawanie cudów naszej planety. Ale najbardziej na świecie kocham moją pozytywnie zakręconą rodzinkę, z moimi dwoma wspaniałymi mężczyznami na czele ! Tyle w wieeeelkim skrócie :)
niedziela, 28 listopada 2010
Niespodzianki od losu :)
I jak tu nie ufać w to, że przeznaczenie ma względem nas swoje własne, wyjątkowe plany. Jak już wspominałam, przyszedł czas, gdy nasza pociecha zaczęła się nudzić w domu - postanowiliśmy posłać Go do przedszkola. Skoro mały do przedszkola, to mama do pracy. Piękne plany, ale i trafne pytanie mojego większego szczęścia "co Ty właściwie chciałabyś robić?". Chwila konsternacji i moja niepewna odpowiedź, rzucona w przestrzeń ponad malowanymi właśnie aniołkami, brzmiała "najchętniej coś takiego" i tu pokazuje na stół pokryty farbami, serwetkami, lakierami i tysiącem innych drobiazgów. Pobłażliwy uśmiech męża mówi sam za siebie... Ale pomarzyć zawsze można - podobno za to się nie płaci. Minęło kilka dni, aniołki nabrały barw i "z pewną taką nieśmiałością" pokazałam je światu... i... chyba się spodobały. Nigdy bym jednak nie podejrzewała, że moja nowa "anielska" pasja pomoże mi znaleźć pracę - a tak się właśnie stało. Niby nic wielkiego na początek, ale ma być coraz lepiej więc... nie mogę się przestać uśmiechać. Jednak czasem warto realizować marzenia ... i zaufać przeznaczeniu :)
wtorek, 23 listopada 2010
Anioły i inne takie...
Jakoś tak szaro się zrobiło...Nie wiem czy tylko za oknem. Niby nic konkretnego a męczy, dręczy i sprawia, że trudniej się rano powraca do świata "na jawie".Gdyby tak można zostać pod kołdrą, schować się aż po czubek nosa i poczekać...właściwie nie bardzo wiem na co, ale bardzo wiem,że potrzebuję chwili by pobyć sam na sam z własnymi myślami. Muszę odszukać i przeprosić swoje "ja" bo zbyt często ostatnio zapominam o nim przez wszędobylskie i natrętne "my","oni", "on".
Nie jest łatwo przywracać barwy gdy świat nagle szarzeje ale jest taki mały ktoś, dla kogo każdego dnia od nowa maluję rzeczywistość tysiącami barw. I za każdym razem dziwię się jak wiele jestem jeszcze w stanie z siebie wykrzesać sił i entuzjazmu, pasji i energii, marzeń i pomysłów na wlekące się jesienno-zimowe długie godziny. A moje małe-wielkie szczęście bardzo chętnie pomaga mi w tworzeniu naszej prywatnej szczęśliwej tęczy... na przykład wnosząc swój niepowtarzalny wkład w przygotowanie do Świąt. A ja patrzę na mojego małego artystę, jak z wielkim skupieniem ozdabia swój świat i... kocham....kocham...kocham....Ale żeby nie było, że ja tylko patrze a dziecko pracuje wkleję kilka moich ostatnich "tworków" - kilka aniołów, początki (nie do końca udane) zabawy z decoupage i filcowe ozdoby na choinkę (na razie 40) plus opakowanie własnego pomysłu :) A gdzieś między tym wszystkim, jeszcze nie skończona próba "postawienia" anioła, który w pośpiechu został bez skrzydeł (w trakcie tworzenia przemianowałam ją na zwykłą strojnisie:))
A na koniec moja powiększająca się gromadka małych aniołków - kilka buziek chętnie bym przerobiła ale
generalnie bardzo je lubię :)
środa, 17 listopada 2010
Serce matki
Czy bycie mamą musi być tak stresujące? A czy ja zawsze muszę się martwić na zapas? Już słyszę stały tekst mojej "opanowanej połowy": "spokojnie,nie martw się, zobaczysz, że nie ma powodu" i to irytujące "a nie mówiłem, mąż ma zawsze racje" po fakcie. Z tym ostatnim to oczywiście spora nadinterpretacja ale muszę przyznać, że zdarza mu się, zwłaszcza w takich sytuacjach jak dzisiejsza, przewidzieć zakończenie.Ja niestety od zawsze, bezlitośnie katuję swój organizm stresując się i przejmując wszystkim czym się tylko da. Jest to strasznie wkurzające ale jakoś nie potrafię inaczej. A, że równowaga w przyrodzie musi być to mój mąż to oaza spokoju. Kiedy moje życie emocjonalne zalicza wzloty i upadki, mężuś mój podąża zawsze bardzo stabilnym trybem.Czasem mnie to wyprowadza z mojej tzw.równowagi ale innym razem się przydaje. Na przykład dziś. Byliśmy w przedszkolu - porozmawiać, pooglądać, przekonać się i... zobaczyć, że może nie taki diabeł straszny.Generalnie grunt robiłam już od jakiegoś czasu więc Asiu jest tak przekonany o cudowności i magiczności przedszkola, że na każdą wzmiankę o nim powtarza "Asiu cie, Asiu cie".Skoro chce to proszę bardzo-miał okazję zobaczyć. Ja szłam ze ściśniętym żołądkiem a on biegł do drzwi wołając, że chce do dzieci. Rozmowa z Panią Dyrektor nie była dla Asia ciekawa więc od razu, za rękę z nowopoznaną Panią pognał do dzieci. A tam, podobno ani razu o nas nie zapytał.Śmiać się czy płakać ? Cieszę się, że pierwsze koty za płoty, ale jednak nie była bym sobą gdybym się nie martwiła.Ale na tym poprzestanę bo moje obawy to temat rzeka.A może tym razem jednak mąż będzie miał rację...
czwartek, 11 listopada 2010
Dopadłą nas jesień...czas przeziębień i przemyśleń
Niestety nie ominęło nas jesienne przeziębienie. Mały na antybiotyku a ja...perfidnie wykorzystuję dobre serce mężulka i pozwalam się o siebie troszczyć :) Milutko jest być rozpieszczaną. Zwłaszcza przez Niego. A poza tym cudownie jest po całym dniu, w trakcie którego Moi Panowie pozbawieni są mojej pomocy, usłyszeć od tego większego "w porównaniu z tym, to ja w pracy odpoczywam". Niby nic wielkiego ale jaka satysfakcja dla pełnoetatowej mamy :)
A nawiązując do mojej połówki - czasem mam takie chwile, gdy zupełnie zwyczajne i oczywiste na codzień sprawy, nagle widzę wyjątkowo wyraźnie i wydają mi się czymś zupełnie niesamowitym.Może brzmi to dziwnie, ale z tego co wiem, to nie ja jedna tak mam. Potrafię na przykład nagle, jadąc z Nim samochodem, zacząć rozmyślać nad tym jak bardzo potrafię być przy Nim sobą. Ze zdziwieniem stwierdzam, że człowiek zna wielu ludzi całe życie, a potem zjawia się ta jedna osoba i jest się przy tym kimś bardziej sobą, niż przy kimkolwiek innym, niezależnie od ilości lat jakie się z kimś spędziło. Miło jest mieć taką pewność, że jest ktoś, kto jest mi bliski nawet gdy się kłócimy, ktoś kto stanie po mojej stronie niezależnie od wszystkiego i kto rozumie mnie bez słów. Może dziwne, że pisze to tutaj, ale czasem jest tak, że słowo pisane jest dobitniejsze od mówionego, o myślach nie wspomnę. Piszę więc aby samej sobie przypomnieć, że mam szczęście - tak na wszelki wypadek, gdyby jakaś mała burza w małżeńskiej szklance wody zakłóciła mi jasność oceny sytuacji.
A może po prostu mam gorączkę...
sobota, 6 listopada 2010
Radosna twórczość :)
Ostatnio pokazałam tu kilka aniołów w wersji bardzo roboczej, więc może dziś nieśmiało wrzucę kilka dopracowanych - choć może to słowo nie jest tu najbardziej adekwatnym. Zawsze wydaje mi się, że coś mogłam poprawić, ulepszyć, zmienić itp. Ale to chyba dobrze - każdy powinien mieć w sobie odrobinę zdrowego krytycyzmu do własnej osoby, a co za tym idzie, do wszelkich swoich "dzieł". Jednak w przypadku moich aniołeczków nie zamierzam się bardzo przejmować - najważniejsze, że tworzenie ich sprawia mi ogromną frajdę i pozwala oderwać myśli od codziennych rozrywek jakich dostarcza mi dom i Asiu :) A jeśli komuś przy okazji spodoba się to co uda mi się sklecić, to tylko dodatkowy, acz niezwykle miły bonus.
piątek, 5 listopada 2010
Sielsko, anielsko ...
Monotonia to zdecydowanie nie moja bajka. A siedzenie w domu z dzieckiem, nawet najbardziej zwariowanym i pełnym energii, jest monotonne. Codziennie ten sam (prawie) plan dnia, podobne zabawy i bajki w telewizji... Czasami nie wiem już jaki jest dzień tygodnia a nawet nie zauważam kiedy zmieniają się miesiące. Więc aby całkiem nie zwariować szukam sobie odskoczni od tej "fascynującej" rzeczywistości. Od pewnego czasu w moje życie wkradły się anioły - zatrzepotały skrzydłami, szepnęły coś do ucha i... zapałałam miłością wielką do... masy solnej :) Nie jest to miłość do końca odwzajemniona gdyż masa ta, jak na rodzaj żeński przystało, charakteryzuje się znacznym uporem i nie zawsze chce się stosować do moich planów z nią związanych. Jednak trafił swój na swego i ja tak łatwo się nie poddaję :) Jak na razie udaje nam się wypracować jakiś kompromis ale mam nadzieję, że w przyszłości moja siła przekonywania zacznie się stopniowo zwiększać ;) Nie mnie wprawdzie oceniać, ale czyba już widać jakieś postępy :)
Na dobry początek wrzucam tu kilka zdjęć z początków mojej wielkiej przygody z mąką i solą. Część poniższych aniołów jest jeszcze niekompletna ale coś już widać :)
Jak można zauważyć na ostatnich zdjęciach, miałam pomoc - skutkiem tej pomocy są dwa złamane anioły i kilka pomalowanych na bardzo futurystyczne kolory :) Asiu kocha moje aniołki miłością wielką i wielka jest też energia z jaką im tę miłość okazuje :) To i tak cud jakiś, że straty do tej pory są tak małe. Rozbrajające jest natomiast to, że począwszy od różowego anioła, który był marnym prototypem, Asiu zaczął wszystkie jakie tylko dorwie nazywać Rózia (a właściwie "juja").Nawet gdyby miał mi wszystkie zniszczyć to naprawdę warto zobaczyć jego radosną buzię gdy zobaczy koleją "juję" a te jego westchnienia zachwytu... trafił mi się najwspanialszy krytyk pod słońcem.
Na dobry początek wrzucam tu kilka zdjęć z początków mojej wielkiej przygody z mąką i solą. Część poniższych aniołów jest jeszcze niekompletna ale coś już widać :)
Jak można zauważyć na ostatnich zdjęciach, miałam pomoc - skutkiem tej pomocy są dwa złamane anioły i kilka pomalowanych na bardzo futurystyczne kolory :) Asiu kocha moje aniołki miłością wielką i wielka jest też energia z jaką im tę miłość okazuje :) To i tak cud jakiś, że straty do tej pory są tak małe. Rozbrajające jest natomiast to, że począwszy od różowego anioła, który był marnym prototypem, Asiu zaczął wszystkie jakie tylko dorwie nazywać Rózia (a właściwie "juja").Nawet gdyby miał mi wszystkie zniszczyć to naprawdę warto zobaczyć jego radosną buzię gdy zobaczy koleją "juję" a te jego westchnienia zachwytu... trafił mi się najwspanialszy krytyk pod słońcem.czwartek, 28 października 2010
W małym ciele wielkie szczęście !!!!!
Zdecydowane pierwsze miejsce wśród moich "szczęść" zajmuje od przeszło dwóch lat pewien wspaniały, mały człowieczek. Jeśli przeczytają to jakieś mamy to na pewno pokiwają ze zrozumieniem głowami, bo mamy już tak mają - nasze dzieci są oczywiście jedyne i niepowtarzalne i najcudowniejsze a wszelkie ich mniejsze lub większe minusiki zapominamy gdy tylko nasze małe szkraby się do nas uśmiechną albo przytulą. Ja w tym wypadku nie jestem wyjątkiem. W kwestii mojego Asia nie jestem obiektywna i ...bardzo mi z tym dobrze. Uwielbiam patrzeć na Niego gdy śpi - chyba nie ma na świecie piękniejszego widoku niż taka spokojna, rozkosznie bezbronna dziecięca postać. A chwile gdy obejmuje mnie swoimi małymi rączkami i łasi się do mnie jak kotek, całuje mnie i uśmiecha się uśmiechem pełnym całkowitego zaufania i wielkiej, bezwarunkowej miłości... nie oddała bym tego za żadne skarby. Nawet gdy przychodzi dzień kiedy nic się nie udaje, kiedy na niebie widać tylko ciemne chmury i generalnie wszystko idzie nie tak...wystarczy, że usłyszę stanowczy głosik "mama tu" i już wiem, że wszystko jest jednak takie jak powinno bo ON jest tam gdzie powinien - przy mnie. Czasami się zastanawiam kto komu jest bardziej potrzebny - ja Jemu czy raczej On mnie. I chyba każda mama na moim miejscu odpowie tak samo...
poniedziałek, 25 października 2010
Mama w wielkim mieście ...
Ostatnio poczułam jakbym znów wracała do życia....właściwie, do życia jako kobieta a nie tylko matka. Kocham mojego małego brzdąca ponad wszystko na świecie ale chyba każda mama potrzebuje czasem przez chwilę odpocząć od zabawek, bajek, pieluch/nocnika oraz, a może przede wszystkim, dziecinnego mówienia i myślenia po "dziecinnemu". Ja ostatnio niesamowicie odpoczęłam dzięki dwóm cudownym wieczorom w klimatycznych knajpkach starego Krakowa. Miałam okazję przypomnieć sobie nie tylko polskie słowa, których kury domowe raczej na codzień nie używają, ale przede wszystkim angielskie dzięki przemiłemu angielskiemu małżeństwu.Dawno tak szczerze i z całego serca się nie uśmiałam. A do tego bardzo podniosło mnie na duchu to, że naprawdę łatwo nam się rozmawiało. Całe szczęście, że przez ten czas jaki minął od naszego powrotu z Anglii nie wszystko jeszcze zapomniałam.Jedyny minus natomiast to to, że znów złapałam nastrój pt. "ja chcę z powrotem do Anglii" :(
piątek, 22 października 2010
O czym by tu napisać ?
Właściwie nie wiem o czym pisać ale nie dlatego, że nie mam nic do zapamiętania. W mojej głowie i sercu kłębią się setki uczuć i myśli i do szewskiej pasji doprowadza mnie to, że nie umiem ich jakoś uporządkować. Szkoda, że w głowie nie można tak jak w komputerze - foldery, podfoldery, daty, nazwy, hierarchi ważności, jakieś gwiazdki, wykrzykniki, czy kolory mówiące o tym co gdzie, jak i dlaczego. Chciałabym móc wszystkie moje myśli i uczucia poupychać do takich szufladek, podpisać odpowiednio i sama decydować kiedy do nich zajrzeć. Tylko jakie życie byłoby wtedy potwornie nudne !!! A ja kocham niespodzianki. Uwielbiam nagle, dzięki ledwo wyczuwalnemu zapachowi, cichemu dźwiękowi czy innym doznaniom jakie zawdzięczamy zmysłom, przenieść się w zupełnie inny świat. Cudownie jest przypomnieć sobie nagle smaki i zapachy przeszłości - nawet jeśli czasami łza zakręci się w oku za tym co już nie wróci. Gdyby wszystko było uporządkowane a wszystkie moje myśli zależne odemnie i przewidywalne to i ja byłabym potwornie nudna - a wiem, że moje większe szczęście pokochało mnie kiedyś między innymi za to, że nigdy nie wiedział czym go znowu zaskoczę. Więc może lepiej niech już tak zostanie.A moje myśli i uczucia spróbuję jakoś tutaj ogarnąć - w granicach rozsądku oczywiście :)
sobota, 16 października 2010
Trudne początki
Po licznych niedoszłych początkach, po chwilach zwątpienia na przemian z przesadną wiarą we własne możliwości...po namowach ze strony prywatnego guru blogowego (buziaki dla anik) postanowiłam, że może i ja pomęczę innych swoją pisaniną. Od razu na wstępie zaznaczę, że jeżeli ktoś poszukuje pięknej polszczyzny i kwiecistych wypowiedzi to... pomylił adres.Wszelkie zdolności polonistyczno-pisarskie w rodzinie przejęły moje dwie niesamowite siostry-jedna zamęcza teraz biednych uczniów starając się wbić im do głów, że "Mickiewicz wielkim poetą był" a kolejna, mimo młodszego wieku już teraz zapowiada się na niezły talent literacki. Więc (i tu kłania się siostra polonistka) ja raczej wielkim wieszczem nie zostanę. Natomiast moje małe-wielkie szczęście (inaczej zwane drugą połową lub mężem) twierdzi, że potrafię doskonale "lać wodę" więc myślę, że na tym będę bazować i może jakoś to będzie.Tak czy inaczej zaczynam - "niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" czyli w wolnym przekładzie "oby niebiosa były mi przychylne".
Po co ja właściwie zakładam tego bloga? Chmmm... Właściwie to sama jeszcze dobrze nie wiem. Może szukam odskoczni od codzienności, od dni które odróżnia od siebie głównie to, czego danego dnia dokonało moje małe-wielkie szczęście czyli mój kochany synek. Stworek ten,co do którego najbliżsi używają wielu pieszczotliwych określeń (wśród których pojawiły się np.mały terrorysta i gagatek) sam o sobie ostatnio z wielkim upodobaniem mówi ASIU - po prostu pomija w zdrobnieniu imienia literki, które mu jeszcze średnio wychodzą. Tak więc wpomniany Asiu będzie się często przewijał na stronach tego bloga, z tej prostej przyczyny, że mój świat od przeszło dwóch lat kręci się głównie wokół Niego.
Myślę, że na dziś chyba wystarczy. Wczoraj po raz pierwszy od ....aż wstyd się przyznać od jak dawna....wróciłam do domu po północy i dziś muszę to odespać. A nie jest to łatwe gdy prywatny, mały budzik przychodzi rano i budzi mnie w iście królewskim stylu, czyli pocałunkiem :) Potem przytula się do mnie, zagląda mi w oczy ( gdy już zdołam je uchylić) i z czarującym uśmiechem mówi "mama, mniam mniam"(czytaj: "poproszę płatki"). Gdy pytam Go w trakcie tych czułości czy wie, że to jest zwyczajny szantarz emocjonalny, On słodko odpowiada "tak". No i jak tu się nie uśmiechnąć?
Po co ja właściwie zakładam tego bloga? Chmmm... Właściwie to sama jeszcze dobrze nie wiem. Może szukam odskoczni od codzienności, od dni które odróżnia od siebie głównie to, czego danego dnia dokonało moje małe-wielkie szczęście czyli mój kochany synek. Stworek ten,co do którego najbliżsi używają wielu pieszczotliwych określeń (wśród których pojawiły się np.mały terrorysta i gagatek) sam o sobie ostatnio z wielkim upodobaniem mówi ASIU - po prostu pomija w zdrobnieniu imienia literki, które mu jeszcze średnio wychodzą. Tak więc wpomniany Asiu będzie się często przewijał na stronach tego bloga, z tej prostej przyczyny, że mój świat od przeszło dwóch lat kręci się głównie wokół Niego.
Myślę, że na dziś chyba wystarczy. Wczoraj po raz pierwszy od ....aż wstyd się przyznać od jak dawna....wróciłam do domu po północy i dziś muszę to odespać. A nie jest to łatwe gdy prywatny, mały budzik przychodzi rano i budzi mnie w iście królewskim stylu, czyli pocałunkiem :) Potem przytula się do mnie, zagląda mi w oczy ( gdy już zdołam je uchylić) i z czarującym uśmiechem mówi "mama, mniam mniam"(czytaj: "poproszę płatki"). Gdy pytam Go w trakcie tych czułości czy wie, że to jest zwyczajny szantarz emocjonalny, On słodko odpowiada "tak". No i jak tu się nie uśmiechnąć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)









