Ostatnio pisałam o malowaniu kremikiem na kolanku...ktoś mógłby odnieść mylne wrażenie, że dziecko moje lubi spokojne zabawy. Tymczasem, zabawy tego typu to niezwykłe perełki w Jego napiętym planie dnia :) Człowieczek ten zadziwił całą rodzinę ilością posiadanej energii, ale przede wszystkim tym jak tę energię rozładowuje. Tak więc na czele listy ulubionych są wszelkie "sporty ekstremalne" jak zjeżdżanie z czego się tylko da głową na dół, skakanie z oparcia łóżka i podobnych "półek" na poduszki, misie i....tatusia (przy czym tatuś raz jest ostrzegany o zamiarze skoku poprzez odliczanie "trzy, sześć, osiem, dziesięć" a innym razem do końca trzymany jest w niepewności), powalanie na łopatki miśka (z kilometrowym rozbiegiem a misiek jest o głowę wyższy od napastnika ) i oczywiście najrozmaitsze wygibasy, skoki, i przewroty na łóżku w trakcie których pojedyncza eskorta to zdecydowanie za mało. A gdy ktoś chce Go asekurować słyszy "uciekaj" albo "nie tsieba". Małym dowodem tego, że mały w najlepsze wykorzystuje innych do swoich szalonych pomysłów jest to, że ostatnio dziadek podnosił Go tak wysoko nad głowę, że... odbili na suficie ślady małych butów :) I nie pytajcie jak to zrobili, bo dziadek trzymał Go najnormalnie w świecie tak, jak złapał w biegu.
A oto odrobina tego, co ja mam na codzień :)





























