O mnie

Moje zdjęcie
Tworzę z potrzeby serca i z miłości do piękna. W podróży poprzez cudowny świat rękodzieła, pewnego dnia natknęłam się na sutasz i… zakochałam się w tej niezwykłej technice tworzenia biżuterii. Ale to nie jedyna moja miłość. Kocham płomienne zachody słońca, złotą jesień, dobre książki, ludzi z poczuciem humoru, i poznawanie cudów naszej planety. Ale najbardziej na świecie kocham moją pozytywnie zakręconą rodzinkę, z moimi dwoma wspaniałymi mężczyznami na czele ! Tyle w wieeeelkim skrócie :)

czwartek, 13 stycznia 2011

Małe, domowe tornado :)

Ostatnio pisałam o malowaniu kremikiem na kolanku...ktoś mógłby odnieść mylne wrażenie, że dziecko moje lubi spokojne zabawy. Tymczasem, zabawy tego typu to niezwykłe perełki w Jego napiętym planie dnia :) Człowieczek ten zadziwił całą rodzinę ilością posiadanej energii, ale przede wszystkim tym jak tę energię rozładowuje. Tak więc na czele listy ulubionych są wszelkie "sporty ekstremalne" jak zjeżdżanie z czego się tylko da głową na dół, skakanie z oparcia łóżka i podobnych "półek" na poduszki, misie i....tatusia (przy czym tatuś raz jest ostrzegany o zamiarze skoku poprzez odliczanie "trzy, sześć, osiem, dziesięć" a innym razem do końca trzymany jest w niepewności), powalanie na łopatki miśka (z kilometrowym rozbiegiem a misiek jest o głowę wyższy od napastnika ) i oczywiście najrozmaitsze wygibasy, skoki, i przewroty na łóżku w trakcie których pojedyncza eskorta to zdecydowanie za mało. A gdy ktoś chce Go asekurować słyszy "uciekaj" albo "nie tsieba". Małym dowodem tego, że mały w najlepsze wykorzystuje innych do swoich szalonych pomysłów jest to, że ostatnio dziadek podnosił Go tak wysoko nad głowę, że... odbili na suficie ślady małych butów :) I nie pytajcie jak to zrobili, bo dziadek trzymał Go najnormalnie w świecie tak, jak złapał w biegu.

A oto odrobina tego, co ja mam na codzień :)

sobota, 8 stycznia 2011

Malowanie na kolanie :)

Mamy ostatnio z młodym nową zabawę - malowanie na nogach, a zwłaszcza na kolankach różnych wzorków. Zaczyna się niewinnie - "mamusiu apcika, płosie" a skoro pada magiczne słówko, pytam tylko "a gdzie ?" na co mały człowieczek podciąga spodnie eksponując kolanko. Gdy znane jest już miejsce powstania dzieła, muszę zadać kolejne pytanie "a czym kochanie" i słyszę standardową odpowiedź "kjemikiem mamusiu, kjemikiem" (oby nieprędko wpadł na pomysł z farbami). Wyciągam kremik i we wskazanym miejscu tworzę koślawego kwiatuszka, który po kilku "ochach" i "achach" zostaje rozmazany po małej nóżce. Czekam na ciąg dalszy i słyszę "mamusiu zigziaki" więc maluję wielki zygzak od kolanka do stopy. Usatysfakcjonowany malec przygląda się przez chwilę i... zygzaka spotyka podobny los co kwiatuszka. Zwykle malujemy dalej kolejne kwiatki, zigziaki i linie ale wczoraj usłyszałam "mamusiu Toma". Jako nie dziwiąca się już niczemu matka dwulatka, pytam tylko, aby się upewnić "traktora Toma?" i niestety słyszę "taaa mamusiu...i Ulę". Cóż więc było robić... trzeba było na tym małym kolanku, kjemikiem namalować traktora z koparką i spychaczem (bo bez spychacza nie przeszedł) i jeszcze Ulę obok :) Przy tym masosolny anioł to pikuś (pan Pikuś) !!!

piątek, 7 stycznia 2011

Tomeku, dudeku, papeku, łałeku ...gdzie jedeście?

Mój młody człowiek należy do bardzo ruchliwych. Ja jakoś tego aż tak wyraźnie nie widzę ale opinie znajomych i rodziny dają do myślenia. Najbardziej adekwatny był chyba komentarz mojej siostry, która sama ma córcie i w otoczeniu też większość dziewczynek. Gdy ostatnio oglądała mojego Aśka w akcji stwierdziła w końcu (gdy już popłakała się ze śmiechu) "muszę się napić bo tego się nie da na trzeźwo oglądać". Buziaki siostrzyczko :) Wracając jednak do sedna - młody rozwijając się ruchowo zapomniał, że trzeba jeszcze gadać albo po prostu nie miał na to czasu. Dopiero od niedawna naprawdę się rozgaduje i...jak przystało na chrześniaka polonistki , pięknie odmienia-Tomeku, łałeku (piesku), papeku (traktorku), dudeku itp. Co dziwne - trudniejsze na pozór wyrazy przychodzą mu z łatwością a te łatwe jakoś gorzej. Od dawna potrafi powiedzieć ciuchcia albo kukułka, chorą rączkę każe smarować kremikiem i zna nawet najdziwniejsze imiona postaci z bajek. Do dziadków zwraca się "dziadziuś" ale do babć (trzech) mówi po imieniu. Od jakiegoś czasu uczymy się dobrych manier więc jeśli coś chce to zawsze słyszę "płosie mamusiu"(ewentualnie dodaje jeszcze "dziuba" dla lepszego efektu) a jak coś psoci to zaraz dodaje "psepłasiamy" (nie wiedzieć czemu w liczbie mnogiej). Przeprasza też głośno gdy coś lub ktoś stoi mu na drodze a odkąd pamiętam, żegnając się z kimś mówi papa i sam dodaję "dziękuję" (choć nie brzmi to dokładnie tak).Gdy robi coś czego nie powinien mówi sobie "ty, mały" - żebym ja już nie musiała tego mówić :) Ale ostatnio ma kilka ulubionych zwrotów : kocham mamusię (zwłaszcza bladym świtem gdy się przytula), Asiu cieszy, mamusiu uciekaj na dół (gdy woli zabawę z dziadziem), kijaj sibko do domu, Asiu czeka (czyli-Mikołaju szybko przyjdż, czekam - mówi gdy dzwoni telefonem), ewentualnie to co z Mikołajem ale zmienia na tatusia, i inne. Ale najfajniejsze jest wspólne mówienie wierszyków albo robienie przedstawień - fajnie się wczuwa w swoje role :) 
Chciałabym móc zapamiętać wszystkie słówka mojego słonka, wszystkie Jego żarciki, przekomarzania się, rozbrajające uśmiechy i sposoby w jakie z radością okazuje czułość...ale niestety jest to nierealne. Więc staram się cieszyć każdą chwilą i wierzyć w to, że każdy kolejny etap Jego życia będzie mi dawał równie wiele radości.

czwartek, 6 stycznia 2011

Nowy blog :)

Jakoś tak mnie ostatnio nosiło żeby posegregować to co zawieram w tym blogu. Irytował mnie bałagan jaki sobie tu wprowadziłam, a że bałaganu nie znoszę więc postanowiłam "posprzątać".Stanęło na tym, że ten blog pozostanie takim moim "niby pamiętnikiem" gdzie mogę sobie opisywać "dziś" dla "jutra" ku pamięci. Nowy blog stanie się natomiast miejscem, w którym znajdą się moje marzenia, inspiracje i wszelkie efekty eksperymentów robótkowych :)

Zapraszam więc zainteresowanych na http://www.tomiwduszygra.blogspot.com/

niedziela, 2 stycznia 2011

Nowy Rok...nowe możliwości...plany...marzenia...

No i mamy kolejny rok. Może lepszy, może inny ale na pewno Nowy i...tego się trzymajmy.  Możemy planować, marzyć, wymyślać sobie mniej lub bardziej realne noworoczne postanowienia i...czekać na to co przyniesie przewrotny los.

Życzę wszystkim tego, aby potrafili każdego dnia odkrywać małe powody do uśmiechu a każdy dzień zaczynali od wielkiego uśmiechu...tak na zachętę :)

A oto małe podsumowanie końca roku. Zdjęcia to wspaniały wynalazek ale szkoda, że nie są w stanie oddać całej magii Świąt - radosnej krzątaniny, zapachów, które przenoszą do czasów dzieciństwa, niepowtarzalnych smaków i ....oczywiście kolęd. W jednej z moich ukochanych książek jest taki fragment, w którym nastolatka, mając dość domowej, przedświątecznej krzątaniny wychodzi do koleżanki. Tam zastaje zupełnie inną sytuację - kompletny brak przygotowań do wigilii, nikt nie sprząta, nie ubiera choinki, nie gotuje...i nagle to od czego chciała uciec nabiera uroku. Chyba co roku jest taki moment, gdy to do mnie wraca i po raz kolejny uśmiecham się do myśli, że tych wszystkich świątecznych "atrakcji" nie oddałabym za nic w świecie.  

środa, 29 grudnia 2010

Tworzyć każdy może, jeden lepiej a drugi... może nie najgorzej?


Dzisiaj wpadam tylko na chwilkę - pochwalić się (optymistycznie pozwalam sobie użyć tego słowa) moją, stworzoną wczoraj kartką urodzinową. Zważywszy na to, że miałam mało czasu i jeszcze mniej materiałów to...chyba jestem zadowolona. Mam nadzieję, że solenizant doceni bardziej serce włożone w prace nad nią niż końcowy efekt :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Asiu kocha mamusię" :)

Są chwile i słowa w życiu, na które po prostu warto czekać...

Wiedziałam, że pragnę dziecka, które tak jak ja będzie bardzo potrzebowało bliskości ale wiadomo jak to jest...mały mógł się wrodzić do tatusia... :) Jednak z dnia na dzień coraz bardziej widzę, że Asiek nie tylko oczy ma po mnie. Ta jego widoczna potrzeba czułości jest dla mnie czymś najpiękniejszym na świecie. Małe łapki obejmujące mnie mocno, mała buzia całująca mnie z wielkim zapałem i czułość w jego ślepkach gdy uśmiecha się przytulając się do mnie i łasząc... Wiem, że brzmi to okropnie ckliwie i może banalnie ale...jestem ogromnie wręcz szczęśliwa. A dziś po raz pierwszy mój mały człowiek rozbroił mnie całkowicie mówiąc mi ni z tego ni z owego " kocham Cię mamusiu"... I zostawię to bez komentarza bo nie chcę plotąc dyrdymały zepsuć tego najpiękniejszego uczucia.

A jako mały dodatek - masy solnej ciąg dalszy :  

poniedziałek, 20 grudnia 2010

doceń męża swego, mogłaś mieć gorszego :)

Już wielokrotnie przekonałam się, że dla mojej mężowej połowy literki na produktach w sklepie to coś na kształt ozdoby a nie ważnej dla kupującego informacji. Najczęściej wynikłe z tego pomyłki są zabawne i nie powodują wielkich kłopotów ale czasem...niezbędna jest np. zmiana planów obiadowych :) Ale moje prośby "kochanie, czytaj napisy na opakowaniach" nadal jakoś nie odnoszą rezultatów. Nie było więc mowy o zdziwieniu z mojej strony gdy dostałam na mikołajki książkę o...żonie maltretowanej przez męża ! Kochanie moje wie doskonale, że kocham książki a utkwiło Mu w pamięci nazwisko Katarzyny Grocholi więc kupił "Trzepot skrzydeł" z przekonaniem,że jest to kolejna, pełna humoru pozycja tej autorki.Oczywiście nie zerknął z tyłu, na okładkę :) Teraz twierdzi, że doskonale wiedział co robi, bo po takiej lekturze powinnam Go na rękach nosić...

P.S.Czyżby nikogo nie rozbawił doktor pakujący do łóżka Katarzynę ?

:)

czwartek, 16 grudnia 2010

Spotkał katar...całą rodzinę :)

Oj coś się nie możemy uwolnić od katarków, kaszelków i innych uroków zimy. Mały ledwie z antybiotyku wyszedł a już mu tatuś katar sprzedał. Dziadek też od kilku dni chory chodzi a młody lata do niego ze stetoskopem i leczy Go tak jakby od tego dziadziowe życie zależało. Nie ma mowy o marudzeniu - trzeba podnosić koszulę, głośno oddychać (wręcz dyszeć) bo jak nie to reprymenda a na koniec "Pan doktor" tak głęboko w gardło zagląda, że chyba jest w stanie zobaczyć dziadziowy obiad :) Wszystko to dlatego, że sam jak idzie do lekarza to już w drzwiach robi głośne "aaaa" i koszulkę podnosi a w trakcie badania tak sapie, że cytując Panią doktor "chyba dziadziu w poczekalni słyszy" (śmiem twierdzić, że babcia w domu też ale...co ja tam wiem :)
Jako jasną stronę naszej domowej epidemii przytoczę fragment bajki jaką usłyszałam kiedyś w pokoju obok, gdy dziadziu czytał młodemu bez okularów :

                  "Spotkał doktor Katarzynę...a psik...
                 Katarzynę pod pierzynę...a psik..."

... :)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Moje filozofowanie

Jakoś tak nie mogę dzisiaj dojść ze sobą do ładu. Czasem po prostu tak mam, że czym bardziej staram się zrozumieć rzeczywistość tym bardziej ona daje mi się we znaki. Dziś staram się wybaczyć sama sobie... Ale jak można mieć sobie za złe zbyt wielką miłość? Czy wogóle istnieje coś takiego? Czy można za bardzo kochać własne dziecko? Jeśli nie to moje dzisiejsze rozterki są "oczywistą oczywistością" i nie powinnam się dziwić. Ale ja mam w uszach płacz mojego dziecka za zamkniętymi drzwiami przedszkola, przed oczami mam ciągle jego małą, pełną dziecięcego nieszczęścia postać, stojącą w kąciku i jego drżące ramionka a na ustach wciąż czuję jego cudowne, mokre i mięciutkie pocałunki gdy wreszcie po tym wszystkim rzucił mi się w ramiona. Gdy przypomnę sobie jak jego nieszczęśliwa buzia rozjaśniła się na mój widok i jak to moje małe słonko biegło do mnie po to by natychmiast, z całej siły objąć mnie swoimi stęsknionymi ramionkami to naprawdę dziwie się sama sobie, że wytrzymałam pod tymi drzwiami tak długo. A powinnam była zaufać swojej intuicji... Niby chciał "do dzieci" i cieszył się na wspomnienie o zabawkach ale w głębi matczynego serca czułam, że dla Niego to jeszcze za wcześnie. Chciał się bawić, owszem, i na widok zabawek był bardzo szczęśliwy (a mnie go teraz okrutnie żal jak o tym pomyśle) ale tylko jak ja byłam w pobliżu - potem było tylko wołanie "mamusiu" i ten żałosny płacz... Wypisałam się i chyba jest mi lżej. A mały właśnie przez sen znów coś sobie opowiada - zwykle woła tatusia, dziadziusia albo ciuchcie Tomka ale teraz ktoś mu chyba podpadł bo robi "nu nu, nu nu":)

Na polepszenie nastroju mała sesja zdjęciowa moich aniołków. Przed świętami znalazło się kilku chętnych na zaopiekowanie się moimi skrzydlatymi przyjaciółmi więc produkcja była wzmożona a oto efekty :)






Moja armia małych aniołków przed malowaniem.....

...i po zapakowaniu :) W sumie tych małych zrobiłam już ponad 70 :)

Natomiast mój kochany Asiek (nowa ksywka) uwielbia każdą ilość aniołków i wszystkimi zachwyca się z takim samym, wielkim, uczuciowym zaangażowaniem i pasją. Rozbraja mnie za każdym razem, gdy słyszę to jego rozkoszne "aniołek, mamusiu, aniołek".

niedziela, 28 listopada 2010

Niespodzianki od losu :)

I jak tu nie ufać w to, że przeznaczenie ma względem nas swoje własne, wyjątkowe plany. Jak już wspominałam, przyszedł czas, gdy nasza pociecha zaczęła się nudzić w domu - postanowiliśmy posłać Go do przedszkola. Skoro mały do przedszkola, to mama do pracy. Piękne plany, ale i trafne pytanie mojego większego szczęścia "co Ty właściwie chciałabyś robić?". Chwila konsternacji i moja niepewna odpowiedź, rzucona w przestrzeń ponad malowanymi właśnie aniołkami, brzmiała "najchętniej coś takiego" i tu pokazuje na stół pokryty farbami, serwetkami, lakierami i tysiącem innych drobiazgów. Pobłażliwy uśmiech męża mówi sam za siebie... Ale pomarzyć zawsze można - podobno za to się nie płaci. Minęło kilka dni, aniołki nabrały barw i "z pewną taką nieśmiałością" pokazałam je światu... i... chyba się spodobały. Nigdy bym jednak nie podejrzewała, że moja nowa "anielska" pasja pomoże mi znaleźć pracę - a tak się właśnie stało. Niby nic wielkiego na początek, ale ma być coraz lepiej więc... nie mogę się przestać uśmiechać. Jednak czasem warto realizować marzenia ... i zaufać przeznaczeniu :) 

wtorek, 23 listopada 2010

Anioły i inne takie...

Jakoś tak szaro się zrobiło...Nie wiem czy tylko za oknem. Niby nic konkretnego a męczy, dręczy i sprawia, że trudniej się rano powraca do świata "na jawie".Gdyby tak można zostać pod kołdrą, schować się aż po czubek nosa i poczekać...właściwie nie bardzo wiem na co, ale bardzo wiem,że potrzebuję chwili by pobyć sam na sam z własnymi myślami. Muszę odszukać i przeprosić swoje "ja" bo zbyt często ostatnio zapominam o nim przez wszędobylskie i natrętne "my","oni", "on".

Nie jest łatwo przywracać barwy gdy świat nagle szarzeje ale jest taki mały ktoś, dla kogo każdego dnia od nowa maluję rzeczywistość tysiącami barw. I za każdym razem dziwię się jak wiele jestem jeszcze w stanie z siebie wykrzesać sił i entuzjazmu, pasji i energii, marzeń i pomysłów na wlekące się jesienno-zimowe długie godziny. A moje małe-wielkie szczęście bardzo chętnie pomaga mi w tworzeniu naszej prywatnej szczęśliwej tęczy... na przykład wnosząc swój niepowtarzalny wkład w przygotowanie do Świąt. A ja patrzę na mojego małego artystę, jak z wielkim skupieniem ozdabia swój świat i... kocham....kocham...kocham....
Ale żeby nie było, że ja tylko patrze a dziecko pracuje wkleję kilka moich ostatnich "tworków" - kilka aniołów, początki (nie do końca udane) zabawy z decoupage i filcowe ozdoby na choinkę (na razie 40) plus opakowanie własnego pomysłu :) A gdzieś między tym wszystkim, jeszcze nie skończona próba "postawienia" anioła, który w pośpiechu został bez skrzydeł (w trakcie tworzenia przemianowałam ją na zwykłą strojnisie:))






A na koniec moja powiększająca się gromadka małych aniołków - kilka buziek chętnie bym przerobiła ale
generalnie bardzo je lubię :)

środa, 17 listopada 2010

Serce matki

Czy bycie mamą musi być tak stresujące? A czy ja zawsze muszę się martwić na zapas? Już słyszę stały tekst mojej "opanowanej połowy": "spokojnie,nie martw się, zobaczysz, że nie ma powodu" i to irytujące "a nie mówiłem, mąż ma zawsze racje" po fakcie. Z tym ostatnim to oczywiście spora nadinterpretacja ale muszę przyznać, że zdarza mu się, zwłaszcza w takich sytuacjach jak dzisiejsza, przewidzieć zakończenie.Ja niestety od zawsze, bezlitośnie katuję swój organizm stresując się i przejmując wszystkim czym się tylko da. Jest to strasznie wkurzające ale jakoś nie potrafię inaczej. A, że równowaga w przyrodzie musi być to mój mąż to oaza spokoju. Kiedy moje życie emocjonalne zalicza wzloty i upadki, mężuś mój podąża zawsze bardzo stabilnym trybem.Czasem mnie to wyprowadza z mojej tzw.równowagi ale innym razem się przydaje. Na przykład dziś. Byliśmy w przedszkolu - porozmawiać, pooglądać, przekonać się i... zobaczyć, że może nie taki diabeł straszny.Generalnie grunt robiłam już od jakiegoś czasu więc Asiu jest tak przekonany o cudowności i magiczności przedszkola, że na każdą wzmiankę o nim powtarza "Asiu cie, Asiu cie".Skoro chce to proszę bardzo-miał okazję zobaczyć. Ja szłam ze ściśniętym żołądkiem a on biegł do drzwi wołając, że chce do dzieci. Rozmowa z Panią Dyrektor nie była dla Asia ciekawa więc od razu, za rękę z nowopoznaną Panią pognał do dzieci. A tam, podobno ani razu o nas nie zapytał.Śmiać się czy płakać ? Cieszę się, że pierwsze koty za płoty, ale jednak nie była bym sobą gdybym się nie martwiła.Ale na tym poprzestanę bo moje obawy to temat rzeka.A może tym razem jednak mąż będzie miał rację...

czwartek, 11 listopada 2010

Dopadłą nas jesień...czas przeziębień i przemyśleń

Niestety nie ominęło nas jesienne przeziębienie. Mały na antybiotyku a ja...perfidnie wykorzystuję dobre serce mężulka i pozwalam się o siebie troszczyć :) Milutko jest być rozpieszczaną. Zwłaszcza przez Niego. A poza tym cudownie jest po całym dniu, w trakcie którego Moi Panowie pozbawieni są mojej pomocy, usłyszeć od tego większego "w porównaniu z tym, to ja w pracy odpoczywam". Niby nic wielkiego ale jaka satysfakcja dla pełnoetatowej mamy :)

A nawiązując do mojej połówki - czasem mam takie chwile, gdy zupełnie zwyczajne i oczywiste na codzień sprawy, nagle widzę wyjątkowo wyraźnie i wydają mi się czymś zupełnie niesamowitym.Może brzmi to dziwnie, ale z tego co wiem, to nie ja jedna tak mam. Potrafię na przykład nagle, jadąc z Nim samochodem, zacząć rozmyślać nad tym jak bardzo potrafię być przy Nim sobą. Ze zdziwieniem stwierdzam, że człowiek zna wielu ludzi całe życie, a potem zjawia się ta jedna osoba i jest się przy tym kimś bardziej sobą, niż przy kimkolwiek innym, niezależnie od ilości lat jakie się z kimś spędziło. Miło jest mieć taką pewność, że jest ktoś, kto jest mi bliski nawet gdy się kłócimy, ktoś kto stanie po mojej stronie niezależnie od wszystkiego i kto rozumie mnie bez słów. Może dziwne, że pisze to tutaj, ale czasem jest tak, że słowo pisane jest dobitniejsze od mówionego, o myślach nie wspomnę. Piszę więc aby samej sobie przypomnieć, że mam szczęście - tak na wszelki wypadek, gdyby jakaś mała burza w małżeńskiej szklance wody zakłóciła mi jasność oceny sytuacji.
A może po prostu mam gorączkę... 

sobota, 6 listopada 2010

Radosna twórczość :)

Ostatnio pokazałam tu kilka aniołów w wersji bardzo roboczej, więc może dziś nieśmiało wrzucę kilka dopracowanych - choć może to słowo nie jest tu najbardziej adekwatnym. Zawsze wydaje mi się, że coś mogłam poprawić, ulepszyć, zmienić itp. Ale to chyba dobrze - każdy powinien mieć w sobie odrobinę zdrowego krytycyzmu do własnej osoby, a co za tym idzie, do wszelkich swoich "dzieł". Jednak w przypadku moich aniołeczków nie zamierzam się bardzo przejmować - najważniejsze, że tworzenie ich sprawia mi ogromną frajdę i pozwala oderwać myśli od codziennych rozrywek jakich dostarcza mi dom i Asiu :) A jeśli komuś przy okazji spodoba się to co uda mi się sklecić, to tylko dodatkowy, acz niezwykle miły bonus.

piątek, 5 listopada 2010

Sielsko, anielsko ...

  Monotonia to zdecydowanie nie moja bajka. A siedzenie w domu z dzieckiem, nawet najbardziej zwariowanym i pełnym energii, jest monotonne. Codziennie ten sam (prawie) plan dnia, podobne zabawy i bajki w telewizji... Czasami nie wiem już jaki jest dzień tygodnia a nawet nie zauważam kiedy zmieniają się miesiące. Więc aby całkiem nie zwariować szukam sobie odskoczni od tej "fascynującej" rzeczywistości. Od pewnego czasu w moje życie wkradły się anioły - zatrzepotały skrzydłami, szepnęły coś do ucha i... zapałałam miłością wielką do... masy solnej :) Nie jest to miłość do końca odwzajemniona gdyż masa ta, jak na rodzaj żeński przystało, charakteryzuje się znacznym uporem i nie zawsze chce się stosować do moich planów z nią związanych. Jednak trafił swój na swego i ja tak łatwo się nie poddaję :) Jak na razie udaje nam się wypracować jakiś kompromis ale mam nadzieję, że w przyszłości moja siła przekonywania zacznie się stopniowo zwiększać ;) Nie mnie wprawdzie oceniać, ale czyba już widać jakieś postępy :)
Na dobry początek wrzucam tu kilka zdjęć z początków mojej wielkiej przygody z mąką i solą. Część poniższych aniołów jest jeszcze niekompletna ale coś już widać :)

           Jak można zauważyć na ostatnich zdjęciach, miałam pomoc - skutkiem tej pomocy są dwa złamane anioły i kilka pomalowanych na bardzo futurystyczne kolory :) Asiu kocha moje aniołki miłością wielką i wielka jest też energia z jaką im tę miłość okazuje :) To i tak cud jakiś, że straty do tej pory są tak małe. Rozbrajające jest natomiast to, że począwszy od różowego anioła, który był marnym prototypem, Asiu zaczął wszystkie jakie tylko dorwie nazywać Rózia (a właściwie "juja").Nawet gdyby miał mi wszystkie zniszczyć to naprawdę warto zobaczyć jego radosną buzię gdy zobaczy koleją "juję" a te jego westchnienia zachwytu... trafił mi się najwspanialszy krytyk pod słońcem.



czwartek, 28 października 2010

W małym ciele wielkie szczęście !!!!!


Zdecydowane pierwsze miejsce wśród moich "szczęść" zajmuje od przeszło dwóch lat pewien wspaniały, mały człowieczek. Jeśli przeczytają to jakieś mamy to na pewno pokiwają ze zrozumieniem głowami, bo mamy już tak mają - nasze dzieci są oczywiście jedyne i niepowtarzalne i najcudowniejsze a wszelkie ich mniejsze lub większe minusiki zapominamy gdy tylko nasze małe szkraby się do nas uśmiechną albo przytulą. Ja w tym wypadku nie jestem wyjątkiem. W kwestii mojego Asia nie jestem obiektywna i ...bardzo mi z tym dobrze. Uwielbiam patrzeć na Niego gdy śpi - chyba nie ma na świecie piękniejszego widoku niż taka spokojna, rozkosznie bezbronna dziecięca postać. A chwile gdy obejmuje mnie swoimi małymi rączkami i łasi się do mnie jak kotek, całuje mnie i uśmiecha się uśmiechem pełnym całkowitego zaufania i wielkiej, bezwarunkowej miłości... nie oddała bym tego za żadne skarby. Nawet gdy przychodzi dzień kiedy nic się nie udaje, kiedy na niebie widać tylko ciemne chmury i generalnie wszystko idzie nie tak...wystarczy, że usłyszę stanowczy głosik "mama tu" i już wiem, że wszystko jest jednak takie jak powinno bo ON jest tam gdzie powinien - przy mnie. Czasami się zastanawiam kto komu jest bardziej potrzebny - ja Jemu czy raczej On mnie. I chyba każda mama na moim miejscu odpowie tak samo...


poniedziałek, 25 października 2010

Mama w wielkim mieście ...

Ostatnio poczułam jakbym znów wracała do życia....właściwie, do życia jako kobieta a nie tylko matka. Kocham mojego małego brzdąca ponad wszystko na świecie ale chyba każda mama potrzebuje czasem przez chwilę odpocząć od zabawek, bajek, pieluch/nocnika oraz, a może przede wszystkim, dziecinnego mówienia i myślenia po "dziecinnemu". Ja ostatnio niesamowicie odpoczęłam dzięki dwóm  cudownym wieczorom w klimatycznych knajpkach starego Krakowa. Miałam okazję przypomnieć sobie nie tylko polskie słowa, których kury domowe raczej na codzień nie używają, ale przede wszystkim angielskie dzięki przemiłemu angielskiemu małżeństwu.Dawno tak szczerze i z całego serca się nie uśmiałam. A do tego bardzo podniosło mnie na duchu to, że naprawdę łatwo nam się rozmawiało. Całe szczęście, że przez ten czas jaki minął od naszego powrotu z Anglii nie wszystko jeszcze zapomniałam.Jedyny minus natomiast to to, że znów złapałam nastrój pt. "ja chcę z powrotem do Anglii" :(

piątek, 22 października 2010

O czym by tu napisać ?

Właściwie nie wiem o czym pisać ale nie dlatego, że nie mam nic do zapamiętania. W mojej głowie i sercu kłębią się setki uczuć i myśli i do szewskiej pasji doprowadza mnie to, że nie umiem ich jakoś uporządkować. Szkoda, że w głowie nie można tak jak w komputerze - foldery, podfoldery, daty, nazwy, hierarchi ważności, jakieś gwiazdki, wykrzykniki, czy kolory mówiące o tym co gdzie, jak i dlaczego. Chciałabym móc wszystkie moje myśli i uczucia poupychać do takich szufladek, podpisać odpowiednio i sama decydować kiedy do nich zajrzeć. Tylko jakie życie byłoby wtedy potwornie nudne !!! A ja kocham niespodzianki. Uwielbiam nagle, dzięki ledwo wyczuwalnemu zapachowi, cichemu dźwiękowi czy innym doznaniom jakie zawdzięczamy zmysłom, przenieść się w zupełnie inny świat. Cudownie jest przypomnieć sobie nagle smaki i zapachy przeszłości - nawet jeśli czasami łza zakręci się w oku za tym co już nie wróci. Gdyby wszystko było uporządkowane a wszystkie moje myśli zależne odemnie i przewidywalne to i ja byłabym potwornie nudna - a wiem, że moje większe szczęście pokochało mnie kiedyś między innymi za to, że nigdy nie wiedział czym go znowu zaskoczę. Więc może lepiej niech już tak zostanie.A moje myśli i uczucia spróbuję jakoś tutaj ogarnąć - w granicach rozsądku oczywiście :) 

sobota, 16 października 2010

Trudne początki

Po licznych niedoszłych początkach, po chwilach zwątpienia na przemian z przesadną wiarą we własne możliwości...po namowach ze strony prywatnego guru blogowego (buziaki dla anik) postanowiłam, że może i ja pomęczę innych swoją pisaniną. Od razu na wstępie zaznaczę, że jeżeli ktoś poszukuje pięknej polszczyzny i kwiecistych wypowiedzi to... pomylił adres.Wszelkie zdolności polonistyczno-pisarskie w rodzinie przejęły moje dwie niesamowite siostry-jedna zamęcza teraz biednych uczniów starając się wbić im do głów, że "Mickiewicz wielkim poetą był" a kolejna, mimo młodszego wieku już teraz zapowiada się na niezły talent literacki. Więc (i tu kłania się siostra polonistka) ja raczej wielkim wieszczem nie zostanę. Natomiast moje małe-wielkie szczęście (inaczej zwane drugą połową lub mężem) twierdzi, że potrafię doskonale "lać wodę" więc myślę, że na tym będę bazować i może jakoś to będzie.Tak czy inaczej zaczynam - "niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" czyli w wolnym przekładzie "oby niebiosa były mi przychylne".
Po co ja właściwie zakładam tego bloga? Chmmm... Właściwie to sama jeszcze dobrze nie wiem. Może szukam odskoczni od codzienności, od dni które odróżnia od siebie głównie to, czego danego dnia dokonało moje małe-wielkie szczęście czyli mój kochany synek. Stworek ten,co do którego najbliżsi używają wielu pieszczotliwych określeń (wśród których pojawiły się np.mały terrorysta i gagatek) sam o sobie ostatnio z wielkim upodobaniem mówi ASIU - po prostu pomija w zdrobnieniu imienia literki, które mu jeszcze średnio wychodzą. Tak więc wpomniany Asiu będzie się często przewijał na stronach tego bloga, z tej prostej przyczyny, że mój świat od przeszło dwóch lat kręci się głównie wokół Niego.
Myślę, że na dziś chyba wystarczy. Wczoraj po raz pierwszy od ....aż wstyd się przyznać od jak dawna....wróciłam do domu po północy i dziś muszę to odespać. A nie jest to łatwe gdy prywatny, mały budzik przychodzi rano i budzi mnie w iście królewskim stylu, czyli pocałunkiem :) Potem przytula się do mnie, zagląda mi w oczy ( gdy już zdołam je uchylić) i z czarującym uśmiechem mówi "mama, mniam mniam"(czytaj: "poproszę płatki"). Gdy pytam Go w trakcie tych czułości czy wie, że to jest zwyczajny szantarz emocjonalny, On słodko odpowiada "tak". No i jak tu się nie uśmiechnąć?